środa, 14 grudnia 2016

Śniadanie białkowo-tłuszczowe na 3 sposoby :)

Cześć :)
W dzisiejszym wpisie poruszę ponownie temat jedzeniowy, a mianowicie kwestię śniadania. Według niektórych jest to wręcz najważniejszy posiłek dnia. Smaczne  i wartościowe śniadanie daje nam siłę i energię na cały poranek. Jeśli jest w dodatku pyszne, to potrafi poprawić również samopoczucie, humor, które jak wiadomo o wczesnych godzinach bywają różne :)

Większości ludzi śniadanko kojarzy się pewnie z kanapkami, płatkami śniadaniowymi lub jajecznicą z chlebkiem i masełkiem. Każdy ma swoje własne upodobania. Jak to wygląda u mnie? Od około roku jadam śniadania, które opierają się głównie na białku i tłuszczach. Jest to teraz dość popularne zjawisko. 

ZALETY ŚNIADAŃ BIAŁKOWO-TŁUSZCZOWYCH:
Po pierwsze, takie śniadania zapewnią nam dłuższe uczucie sytości, ponieważ dłużej zalegają w żołądku.
Po drugie, podczas snu zwiększa się w organizmie poziom kortyzolu (tzw. "hormon stresu"). Kiedy nie mamy podniesionego poziomu insuliny, kortyzol przyczynia się do wykorzystywania komórek tłuszczowych z ciała jako źródła energii. Jeżeli spożywamy na śniadanie węglowodany, w organizmie występuje wyrzut insuliny, czyli spalanie tłuszczu za sprawą kortyzolu zostaje zahamowane. 
Trzecią zaletą śniadań B+T jest fakt, że nie odczujemy po takim posiłku nagłego przypływu senności związanego z wahaniami poziomu glukozy we krwi.


Być może dla niektórych ciężko jest sobie wyobrazić swój pierwszy posiłek bez michy płatków owsianych z owocami.  Proponuję jednak spróbować przyrządzić sobie na przykład popularny dzisiaj omlet - kombinacji jest multum. Na słodko, na słono, pieczony albo smażony... Tutaj możecie wykazać się naprawdę ogromną kreatywnością. Ja swój omlet przygotowuję w bardzo prosty sposób. Nie oddzielam białek od żółtek oraz nie ubijam nic - po prostu rozbijam jajka do miseczki, wybieram dodatki, rozgrzewam patelnię i... smażę :) Przygotowanie takiego posiłku zajmuje maksymalnie 7-10 minut. Preferuję omlety głównie na słodko, ale próbowałam również wersji z pomidorkami koktajlowymi i była całkiem smaczna. Moim faworytem jest omlecik z wiórkami kokosowymi. Do wykonania potrzebne nam będą oczywiście jajka (ja biorę zawsze 3), wiórki kokosowe, olej kokosowy (do smażenia), opcjonalnie przyprawy typu cynamon, aromat (ja czasem używam migdałowego, ale inne też się super sprawdzą, wybierzcie adekwatnie do swoich preferencji) oraz słodzik (ja używam stewii). Tak jak pisałam, jajka wbijamy do miski, roztrzepujemy wszystko widelcem. Rozgrzewamy patelnię z olejem kokosowym. Wiórki dodajemy do roztrzepanych jajek i wylewamy na rozgrzaną patelnię. Pamiętajcie, aby nakryć wszystko pokrywką. Smażymy tak długo, aby nie spalić sobie omleta, ja zazwyczaj robię to długo, bo lubię, gdy jest dobrze wysmażony. Po jakimś czasie przewracamy go na drugą stronę. Kiedy omlet jest już gotowy, wyłączamy gaz i zostawiamy go chwilkę na patelni, aby od razu nam nie "sflaczał". Wiórki kokosowe powodują, że omlet jest puszysty i naprawdę wzbogacają go smakowo :)


Ciekawą opcją omletową jest też wersja z polewą z kakao i oleju kokosowego. Rozpuszczony olej mieszamy z łyżeczką kakao i kilkoma łyżeczkami wody (dajemy tyle, żeby polewa nie wyszła zbyt rzadka). Opcjonalnie dodajemy słodzik, chociaż ja wolę, gdy gorzkość kakao jest dobrze wyczuwalna :)


A tutaj wersja z pomidorkami koktajlowymi, pieprzem i różnymi przyprawami :)


Ostatnio w Biedronkach pojawiły się kabanosy firmy Konspol o bardzo fajnym składzie i zawartości makroskładników. Są idealne do posiłków białkowo-tłuszczowych, i oczywiście wspaniale smakują. Dobra opcja dla kogoś, komu się spieszy albo jest leniuchem. Wystarczy tylko sięgnąć ręką do lodówki... :) Oczywiście do kabanosów dobieramy sobie świeże warzywa, żeby na talerzu nie było tak pusto. Ja dodaję dodatkowo 9 gram nerkowców, żeby uzupełnić tłuszcze. 


Jak widać ponownie pojawiły się pomidorki koktajlowe - ostatnio bardzo mi zasmakowały, szczególnie mocno posolone :D


Trzecią z propozycji jest wędzony łosoś. Jak wiadomo wędzone rybki to skarbnica zdrowych kwasów tłuszczowych, a łosoś dodatkowo zawiera dużą ilość białka. Ja łososia zawsze kupuję w Biedronce, opakowanie 125 gram kosztuje bodajże 8 złotych, także całkiem spoko. Zamiast łososia możemy wybrać tuńczyka z puszki (w wodzie), tylko on niestety jest bardzo chudą rybą, także potrzebne byłoby więcej orzeszków.
Ponownie uzupełniam tłuszcze nerkowcami + dałam paprykę, żeby nie przynudzać tymi pomidorami :)


Mam nadzieję, że post okaże się pomocny i skorzystacie z moich propozycji :) Ja również chętnie poznam nowe pomysły na posiłki białkowo-tłuszczowe, bo różnorodność w żywieniu to też ważna kwestia. 
Pamiętajcie jednak, że jeżeli spożywacie pierwszy posiłek z węglami i jest wam z tym dobrze, nie czujecie się po nich senni ani szybko głodni, jesteście do tego przyzwyczajeni, to oczywiście nie zmieniajcie nic na siłę,  trzeba przede wszystkim zachować w diecie  komfort psychiczny. Śniadania, które ja preferuję nie są odpowiednie dla wszystkich. Czasami też lubię zacząć dzień od bułki z dżemem. Jeśli nie podchodzi wam omlet, nie zmuszajcie się :) Jeśli chodzi o gramaturę poszczególnych produktów, to również jest to kwestia indywidualna, dlatego ja swojej nie podaję.

Buziaki i do następnego :) !








poniedziałek, 12 grudnia 2016

Zdrowsza wersja bounty :)

Hejka :) 
Tak jak pisałam poprzednio, miałam w planach spróbować zrobić zdrowszą wersję popularnego batonika Bounty. I chyba mi się udało, bo dość szybko znikało z lodówki. Jeśli ktoś chciałby sobie także przygotować taki pyszny deser, to opiszę krok po kroku jak się za to zabrać. 
Potrzebujemy:
- puszkę mleczka kokosowego lub śmietanki kokosowej (można dostać w Polo),
- wiórki kokosowe,
- kakao,
- miód,
- olej kokosowy.

Jeżeli wybraliśmy wersję z mleczkiem kokosowym, to najpierw wstawiamy je do lodówki tak, aby nam zgęstniało (ze śmietanką będzie mniejszy problem, bo sama w sobie będzie już gęsta). 

Do miski wsypujemy wiórki kokosowe (ja użyłam 150g) i dodajemy rozpuszczony olej kokosowy (ok. 3 łyżki stołowe). Dodajemy 150g zgęstniałego mleczka i mieszamy. Następnie z masy formujemy sobie kuleczki lub kształt batoników - jak kto woli. 
Ja zrobiłam kuleczki, ale myślę, że w czekoladzie łatwiej będzie obtoczyć jednak coś nieowalnego. 

Tak uformowane "batoniki" wstawiamy na 10 minutek do zamrażarki. W tym czasie możemy sobie przygotować polewę. W tym celu bierzemy 1 łyżkę stołową kakao i mieszamy z rozpuszczonym olejem kokosowym tak, żeby sos nie miał za rzadkiej ani też za gęstej konsystencji. Dla osłodzenia dodajemy miód wedle uznania. 



Bierzemy łyżeczkę i nakładamy polewę na wyjęte z zamrażarki batoniki. Ja to zrobiłam niezbyt precyzyjnie i nie starczyło mi sosu, więc musiałam go dorabiać. 

Tak przygotowane Bounty ląduje ponownie na 10 minutek w zamrażarce, a potem w lodówce.
Może moje nie wyszło najlepiej pod względem estetycznym, ale było naprawdę smaczne i rzeczywiście przypominało mi w smaku oryginalną wersję. Najlepsza była polewa! :) Polecam wszystkim łakomczuchom wypróbować. 

Buziaki :)







niedziela, 30 października 2016

Czy warto?

Cześć :) tym razem bez zbędnych wstępów z tłumaczeniem po co znów zakładam bloga itp., itd. i obietnic dotyczących systematyczności, bo nie o tym chciałabym napisać. Jeszcze niedawno chciałam moja stronę poświecić diecie, która zaczęłam w lipcu tego roku. Tworzyłam post ze szczegółowym opisem i wtedy jeszcze optymistycznym nastawieniem do tej sprawy. No cóż, nie żałuje, ze nie opublikowałam ostatecznie tego wpisu. Być może wyrządziłabym nim komuś szkodę, taką, jak sprawiłam sobie. O co chodzi? Zacznijmy od początku. Wiele osób które obserwują mnie od dawna na przykład na Instagramie czy tez znają mnie osobiście, wiedzą, ze regularnie ćwiczę oraz staram się zdrowo jeść. Generalnie początek miało to około trzech lat temu, gdy pod koniec trzeciej klasy gimnazjum chciałam schudnąć, bo nie oszukując się do szczupłych dziewczyn nie należałam, a słodycze były moją słabością (w sumie nadal trochę są :). Wtedy tez zaczęłam więcej się ruszać, ograniczyłam jedzenie, a z czasem Chodakowska stała się moim chlebem powszednim. Ponad rok temu zaczęłam także chodzić na siłownię co moim zdaniem dało mi najlepsze efekty i stało się w  moim największym  'uzależnieniem'. Podsumowując, napadła mnie dzisiaj tak bardzo popularna moda na bycie 'fit'. Ćwiczenia sprawiały mi radość, mimo tego, ze moja technika ćwiczeń nie była idealna, na początku też wstydziłam się innych ćwiczących ludzi, ale uparcie z treningu na trening starałam się być lepsza. Chciałam  widzieć wypracowane mięśnie coraz wyraźniej. Kiedy na przykład będąc na imprezie jadłam i napiłam się ze znajomymi alkoholu, albo w weekend wyskoczyłam z nimi na jakieś jedzenia, na drugi dzień miałam ogromne wyrzuty sumienia. W mawiałam sobie, ze przecież tyle osiągnęłam i robiąc tak, wszystko to stracę. Po powrocie z tegorocznych wakacji (we Włoszech nie dało się mało jeść :() postanowiłam, ze czas coś zmienić, Wziąć się za aspekt odżywiania porządnie. Zamówiłam dietę u dziewczyny obserwowanej przeze mnie na Instagramie, personaliów podawać nie będę bo nie zmierzam broń Boże do tego, by komuś zarzucać niekompetencje lub obwiniać o cokolwiek. Po dość szczegółowym wywiadzie, opisaniu swojego życia, ćwiczeń, upodobań żywieniowych, podesłaniu zdjęć sylwetki itp itd otrzymałam dietę. Pierwsze wrażenie? Super! Wszystko to, co lubiłam - chude mięsko, wafle ryżowe, orzechy... jedyna zmiana to ważenie składników. Okej, przyzwyczaję się. Pierwsze dni? Wszystko pięknie, zero głodu, satysfakcja, lepsze samopoczucie bez ociężałości, większa chcieć do trenowania bo w głowie już widziałam wspaniałe efekty. A co się stało z czasem? Tutaj zaczynają się już schody. Po pierwsze, błąd popełniłam również ja, zamawiając dietę bez planu treningowego. Podaż kalorii 1785 przy czterech treningach siłowych tygodniowo i 3-4 sesjach cardio po 20-30 minut? Mądre to nie było, co teraz niestety widzę. Ale co tam, w głowie miałam tylko głos, że jak nie zrobię tych 30 minut na bieżni to mniej schudnę. Stopniowo coraz bardziej przemęczałam swój organizm.  Nie ukrywam, że raz w tygodniu pozwalałam sobie na pizzę czy coś tam innego, nie zawsze idealnie trzymałam się planu. Jestem tylko człowiekiem i czasami tez potrzebuje luzu, chociaż jak już wyżej wspominałam, wciąż walczę z tym, żeby nie obwiniać się za każdego podjedzonego w gorszy dzień cukierka. Wracając do tematu, z czasem zaczęłam odczuwać negatywne skutki odchudzania. Zły humor, zmęczenie, nerwowość. Wieczne niezadowolenie ze wszystkiego i wyżywanie się na innych. Płacz powodowany głupotami, na przykład tym, że nie umiem zrobić czegoś z pracy domowej.  No i oczywiście najgorsza konsekwencja na której dziś przede wszystkim chciałam się skupić - zahamowanie okresu. Tak, niestety spotkało mnie to i do dzisiejszego dnia, od trzech miesięcy się z tym borykam. Oczywiście, na początku myślałam, ze to na pewno nie przez odchudzanie, nie schudłam przecież tak dużo, nie jem aż tak mało... od jednego lekarza usłyszałam ze jest to spowodowane stresem (no fakt, trochę go w tym okresie miałam), chociaż nigdy wcześniej podobna sytuacja mi sie nie przydarzyła a jestem osoba z natury łatwo sie denerwująca, przejmująca wszystkim i popadająca w zły humor. Dostałam skierowanie na badania krwi i luteinę. Efektów zero.  Lekarza zmieniłam, ale od drugiego otrzymałam znów tabletki i tak wybrałam sobie już bez mała z trzy lub cztery opakowania, najpierw po trzy tabletki dziennie, potem po 6 i co? I nic. Wyniki badań? Wszystko w normie. USG też nie wykazało żadnych nieprawidłowości.  Więc gdzie tak naprawdę leży przyczyna? I wtedy dopiero zaczęło coś do mnie docierać. Chociaż wahałam się - ale jak to, mam teraz zacząć normalnie jeść? Nie ważyć każdego grama makaronu czy mięsa? Przecież utyje z dziesięć kilo! Obiecałam sobie, że wytrzymam do listopada... No i ważyłam sobie nadal... chociaż zwiększyłam trochę kalorie, co suma sumarum i tak nic mi nie dało. W końcu zebrałam się i porozmawiałam z kimś, kto zna się na rzeczy. Opisałam swój problem, pokazałam wyniki badań i dietę. I wiecie, co się okazało? Ze jeszcze trochę i zostałabym zawodniczka bikini fitness. Dziewczyna psychicznie wykończona, ze zniszczona gospodarka hormonalna, kręcąca dwa razy dziennie cardio dla pucharu kupionego w Decathlonie. Brawo ja! Rozpoczęłam wprowadzać gruntowne zmiany w swoim stylu życia, które oczywiście sprawiły, że w głowie pojawiła się obawa, czy jak przestane kontrolować ilość pożywienia i rozkład makro to przytyje i tym podobne, ale teraz najważniejsze dla mnie jest zdrowie. Muszę się 'naprawić'. Właściwie trenowałam tylko dla siebie, dla swojej satysfakcji i dobrego samopoczucia. Może kiedyś tak jak każdej ćwiczącej osobie przemknęły mi przez myśl zawody, ale obserwuje na Instagramie dziewczynę która opisuje ciemna stronę startów i utwierdziło mnie to w przekonaniu ze ja tak nie chce.  Chce być normalna osoba, może z większa ilością tłuszczu ma brzuchu, dodatkowymi 2-4 kilogramami ale szczęśliwa, która umie wyjść ze znajomymi na piwo czy pizzę. Nie chce codziennie budzić się w złym humorze i odczuwać wieczne zmęczenie i senność. Nie chce tak. Nie o to tu chodzi. Pasja nie może być męczarnia i zabierać nam wszystkiego, całego życia. Wiem, że często słyszy się, że albo dajemy z siebie sto procent albo nic. Ale nie przeceniajmy swoich możliwości, bo naprawdę można sobie tym porządnie zaszkodzić.  Ja kończę z wiecznym odchudzaniem i dążeniem do ideału. Zastanawiam się teraz , po co tak naprawdę chciałam chudnąć? Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze? Nie. Ktoś wytykał mi, jak to źle nie wyglądam? Nie. Patrząc na siebie, byłam zadowolona i często tez słyszałam komplementy na swój temat. Więc dlaczego?  Dla cyferek na wadze? Żeby pochwalić się komuś? Dodać motywujące zdjęcie na insta i pokazać jaka to nie jestem zawziętą, zajebistąe królową zdrowego życia? Ostatecznie wpędziłabym się tylko w jeszcze większa obsesję. Tak, tak, obsesje, bo zdarzyło mi się wręcz popłakać jak przyszło ni zjeść kurczaka ważonego po upieczeniu lub danie którego makro nie mogłam sobie obliczyć. Chore, prawda? Zrzuciłam kilka kilogramów, ale co w związku z tym, skoro zamieniłam je na coś gorszego? Nie czerpie teraz z tego radości. Wręcz chętnie wróciłabym do czasu, kiedy po prostu jadłam ile chciałam, ale zdrowo. Nasze organizmy nie są maszynami, a jedzenie jest nam niezbędne do życia i tego faktu ludzkiej natury NIE ZMIENIMY (: Jakim mam cel w pisaniu tutaj tego? Nie żalę się, ponieważ wiem, że wina za to, co teraz przechodzę leży również po mojej stronie. Chcę być tylko ze wszystkim szczera  i ostrzec zwykłe dziewczyny, traktujące ćwiczenia i zdrowszy styl życia jako pasje, hobby, żeby nie popełniały takiego błędu jak ja. Jeśli chcecie schudnąć, bo naprawdę źle czujecie się ze sobą , zgłoście się do kogoś naprawdę dobrze wykwalifikowanego, kto, jeśli trenujecie intensywnie, dostosuje wam dietę również pod to. Jeśli jesteście zadowolone ze swojego wyglądu, ale moda na chudniecie wpędza was w obsesyjne liczenie każdej kalorii przeczytajcie to, co napisałam po raz drugi i zadajcie sobie pytanie, czy naprawdę warto? Czy naprawdę jak musimy sobie wiecznie odmawiać przyjemności, wyjścia ze znajomymi na pizzę, ciasta u babci, kawałka czekolady w gorszy dzień? Nie wierzcie ślepo jak ja kiedyś w Instagramowe motywujace profile dziewczyn zapewniających ze trzymają 'czysta miche' (swoją droga śmieszy mnie to określenie) 365 dni w roku :) Co im to daje? Cudowne ciało, ale zepsuta głowę i brak chęci do życia. Zapewniam was, ze można to osiągnąć również w inny sposób, mianowice podchodząc do wszystkiego z umiarem. Masz ochotę na piernika w czekoladzie? To zjedz i żyj dalej. Nie rozpamiętuj tego w nieskończoność. Ja niestety znalazłam się teraz w trudnej sytuacji z której mam nadzieję szybko wyjść Cieszę się, że w końcu porozmawiałam z kimś kto postarał się mi pomóc i jeśli się uda, to nie wiem, jak się za ten fakt odpłacę. Chcę wyleczyć swoją głowę, chociaż wiem, ze będzie ciężko. Nadal mam zamiar jeść zdrowo, ćwiczyć, ale trzy razy w tygodniu (teraz na tyle pozwala mi szkoła i fakt, ze jestem w klasie maturalnej), ale podchodzić do tego wszystkiego z większym dystansem. Życie jest tylko jedno i trzeba je wykorzystać na sto procent. Siłka to dodatek do mojego, a nie jego sens. 
Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało. Jeśli któraś z was ma podobny problem ale wstydzi się o nim mówić, piszcie. Chętnie każdemu pomogę, bo razem zawsze raźniej. Dzięki za przeczytanie tego długiego wywodu i do następnego. : )


(Przepraszam za brak w niektórych wyrazach polskich znaków, ale post pisałam na telefonie)