Cześć :) tym razem bez zbędnych wstępów z tłumaczeniem po co znów zakładam bloga itp., itd. i obietnic dotyczących systematyczności, bo nie o tym chciałabym napisać. Jeszcze niedawno chciałam moja stronę poświecić diecie, która zaczęłam w lipcu tego roku. Tworzyłam post ze szczegółowym opisem i wtedy jeszcze optymistycznym nastawieniem do tej sprawy. No cóż, nie żałuje, ze nie opublikowałam ostatecznie tego wpisu. Być może wyrządziłabym nim komuś szkodę, taką, jak sprawiłam sobie. O co chodzi? Zacznijmy od początku. Wiele osób które obserwują mnie od dawna na przykład na Instagramie czy tez znają mnie osobiście, wiedzą, ze regularnie ćwiczę oraz staram się zdrowo jeść. Generalnie początek miało to około trzech lat temu, gdy pod koniec trzeciej klasy gimnazjum chciałam schudnąć, bo nie oszukując się do szczupłych dziewczyn nie należałam, a słodycze były moją słabością (w sumie nadal trochę są :). Wtedy tez zaczęłam więcej się ruszać, ograniczyłam jedzenie, a z czasem Chodakowska stała się moim chlebem powszednim. Ponad rok temu zaczęłam także chodzić na siłownię co moim zdaniem dało mi najlepsze efekty i stało się w moim największym 'uzależnieniem'. Podsumowując, napadła mnie dzisiaj tak bardzo popularna moda na bycie 'fit'. Ćwiczenia sprawiały mi radość, mimo tego, ze moja technika ćwiczeń nie była idealna, na początku też wstydziłam się innych ćwiczących ludzi, ale uparcie z treningu na trening starałam się być lepsza. Chciałam widzieć wypracowane mięśnie coraz wyraźniej. Kiedy na przykład będąc na imprezie jadłam i napiłam się ze znajomymi alkoholu, albo w weekend wyskoczyłam z nimi na jakieś jedzenia, na drugi dzień miałam ogromne wyrzuty sumienia. W mawiałam sobie, ze przecież tyle osiągnęłam i robiąc tak, wszystko to stracę. Po powrocie z tegorocznych wakacji (we Włoszech nie dało się mało jeść :() postanowiłam, ze czas coś zmienić, Wziąć się za aspekt odżywiania porządnie. Zamówiłam dietę u dziewczyny obserwowanej przeze mnie na Instagramie, personaliów podawać nie będę bo nie zmierzam broń Boże do tego, by komuś zarzucać niekompetencje lub obwiniać o cokolwiek. Po dość szczegółowym wywiadzie, opisaniu swojego życia, ćwiczeń, upodobań żywieniowych, podesłaniu zdjęć sylwetki itp itd otrzymałam dietę. Pierwsze wrażenie? Super! Wszystko to, co lubiłam - chude mięsko, wafle ryżowe, orzechy... jedyna zmiana to ważenie składników. Okej, przyzwyczaję się. Pierwsze dni? Wszystko pięknie, zero głodu, satysfakcja, lepsze samopoczucie bez ociężałości, większa chcieć do trenowania bo w głowie już widziałam wspaniałe efekty. A co się stało z czasem? Tutaj zaczynają się już schody. Po pierwsze, błąd popełniłam również ja, zamawiając dietę bez planu treningowego. Podaż kalorii 1785 przy czterech treningach siłowych tygodniowo i 3-4 sesjach cardio po 20-30 minut? Mądre to nie było, co teraz niestety widzę. Ale co tam, w głowie miałam tylko głos, że jak nie zrobię tych 30 minut na bieżni to mniej schudnę. Stopniowo coraz bardziej przemęczałam swój organizm. Nie ukrywam, że raz w tygodniu pozwalałam sobie na pizzę czy coś tam innego, nie zawsze idealnie trzymałam się planu. Jestem tylko człowiekiem i czasami tez potrzebuje luzu, chociaż jak już wyżej wspominałam, wciąż walczę z tym, żeby nie obwiniać się za każdego podjedzonego w gorszy dzień cukierka. Wracając do tematu, z czasem zaczęłam odczuwać negatywne skutki odchudzania. Zły humor, zmęczenie, nerwowość. Wieczne niezadowolenie ze wszystkiego i wyżywanie się na innych. Płacz powodowany głupotami, na przykład tym, że nie umiem zrobić czegoś z pracy domowej. No i oczywiście najgorsza konsekwencja na której dziś przede wszystkim chciałam się skupić - zahamowanie okresu. Tak, niestety spotkało mnie to i do dzisiejszego dnia, od trzech miesięcy się z tym borykam. Oczywiście, na początku myślałam, ze to na pewno nie przez odchudzanie, nie schudłam przecież tak dużo, nie jem aż tak mało... od jednego lekarza usłyszałam ze jest to spowodowane stresem (no fakt, trochę go w tym okresie miałam), chociaż nigdy wcześniej podobna sytuacja mi sie nie przydarzyła a jestem osoba z natury łatwo sie denerwująca, przejmująca wszystkim i popadająca w zły humor. Dostałam skierowanie na badania krwi i luteinę. Efektów zero. Lekarza zmieniłam, ale od drugiego otrzymałam znów tabletki i tak wybrałam sobie już bez mała z trzy lub cztery opakowania, najpierw po trzy tabletki dziennie, potem po 6 i co? I nic. Wyniki badań? Wszystko w normie. USG też nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Więc gdzie tak naprawdę leży przyczyna? I wtedy dopiero zaczęło coś do mnie docierać. Chociaż wahałam się - ale jak to, mam teraz zacząć normalnie jeść? Nie ważyć każdego grama makaronu czy mięsa? Przecież utyje z dziesięć kilo! Obiecałam sobie, że wytrzymam do listopada... No i ważyłam sobie nadal... chociaż zwiększyłam trochę kalorie, co suma sumarum i tak nic mi nie dało. W końcu zebrałam się i porozmawiałam z kimś, kto zna się na rzeczy. Opisałam swój problem, pokazałam wyniki badań i dietę. I wiecie, co się okazało? Ze jeszcze trochę i zostałabym zawodniczka bikini fitness. Dziewczyna psychicznie wykończona, ze zniszczona gospodarka hormonalna, kręcąca dwa razy dziennie cardio dla pucharu kupionego w Decathlonie. Brawo ja! Rozpoczęłam wprowadzać gruntowne zmiany w swoim stylu życia, które oczywiście sprawiły, że w głowie pojawiła się obawa, czy jak przestane kontrolować ilość pożywienia i rozkład makro to przytyje i tym podobne, ale teraz najważniejsze dla mnie jest zdrowie. Muszę się 'naprawić'. Właściwie trenowałam tylko dla siebie, dla swojej satysfakcji i dobrego samopoczucia. Może kiedyś tak jak każdej ćwiczącej osobie przemknęły mi przez myśl zawody, ale obserwuje na Instagramie dziewczynę która opisuje ciemna stronę startów i utwierdziło mnie to w przekonaniu ze ja tak nie chce. Chce być normalna osoba, może z większa ilością tłuszczu ma brzuchu, dodatkowymi 2-4 kilogramami ale szczęśliwa, która umie wyjść ze znajomymi na piwo czy pizzę. Nie chce codziennie budzić się w złym humorze i odczuwać wieczne zmęczenie i senność. Nie chce tak. Nie o to tu chodzi. Pasja nie może być męczarnia i zabierać nam wszystkiego, całego życia. Wiem, że często słyszy się, że albo dajemy z siebie sto procent albo nic. Ale nie przeceniajmy swoich możliwości, bo naprawdę można sobie tym porządnie zaszkodzić. Ja kończę z wiecznym odchudzaniem i dążeniem do ideału. Zastanawiam się teraz , po co tak naprawdę chciałam chudnąć? Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze? Nie. Ktoś wytykał mi, jak to źle nie wyglądam? Nie. Patrząc na siebie, byłam zadowolona i często tez słyszałam komplementy na swój temat. Więc dlaczego? Dla cyferek na wadze? Żeby pochwalić się komuś? Dodać motywujące zdjęcie na insta i pokazać jaka to nie jestem zawziętą, zajebistąe królową zdrowego życia? Ostatecznie wpędziłabym się tylko w jeszcze większa obsesję. Tak, tak, obsesje, bo zdarzyło mi się wręcz popłakać jak przyszło ni zjeść kurczaka ważonego po upieczeniu lub danie którego makro nie mogłam sobie obliczyć. Chore, prawda? Zrzuciłam kilka kilogramów, ale co w związku z tym, skoro zamieniłam je na coś gorszego? Nie czerpie teraz z tego radości. Wręcz chętnie wróciłabym do czasu, kiedy po prostu jadłam ile chciałam, ale zdrowo. Nasze organizmy nie są maszynami, a jedzenie jest nam niezbędne do życia i tego faktu ludzkiej natury NIE ZMIENIMY (: Jakim mam cel w pisaniu tutaj tego? Nie żalę się, ponieważ wiem, że wina za to, co teraz przechodzę leży również po mojej stronie. Chcę być tylko ze wszystkim szczera i ostrzec zwykłe dziewczyny, traktujące ćwiczenia i zdrowszy styl życia jako pasje, hobby, żeby nie popełniały takiego błędu jak ja. Jeśli chcecie schudnąć, bo naprawdę źle czujecie się ze sobą , zgłoście się do kogoś naprawdę dobrze wykwalifikowanego, kto, jeśli trenujecie intensywnie, dostosuje wam dietę również pod to. Jeśli jesteście zadowolone ze swojego wyglądu, ale moda na chudniecie wpędza was w obsesyjne liczenie każdej kalorii przeczytajcie to, co napisałam po raz drugi i zadajcie sobie pytanie, czy naprawdę warto? Czy naprawdę jak musimy sobie wiecznie odmawiać przyjemności, wyjścia ze znajomymi na pizzę, ciasta u babci, kawałka czekolady w gorszy dzień? Nie wierzcie ślepo jak ja kiedyś w Instagramowe motywujace profile dziewczyn zapewniających ze trzymają 'czysta miche' (swoją droga śmieszy mnie to określenie) 365 dni w roku :) Co im to daje? Cudowne ciało, ale zepsuta głowę i brak chęci do życia. Zapewniam was, ze można to osiągnąć również w inny sposób, mianowice podchodząc do wszystkiego z umiarem. Masz ochotę na piernika w czekoladzie? To zjedz i żyj dalej. Nie rozpamiętuj tego w nieskończoność. Ja niestety znalazłam się teraz w trudnej sytuacji z której mam nadzieję szybko wyjść Cieszę się, że w końcu porozmawiałam z kimś kto postarał się mi pomóc i jeśli się uda, to nie wiem, jak się za ten fakt odpłacę. Chcę wyleczyć swoją głowę, chociaż wiem, ze będzie ciężko. Nadal mam zamiar jeść zdrowo, ćwiczyć, ale trzy razy w tygodniu (teraz na tyle pozwala mi szkoła i fakt, ze jestem w klasie maturalnej), ale podchodzić do tego wszystkiego z większym dystansem. Życie jest tylko jedno i trzeba je wykorzystać na sto procent. Siłka to dodatek do mojego, a nie jego sens.
Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało. Jeśli któraś z was ma podobny problem ale wstydzi się o nim mówić, piszcie. Chętnie każdemu pomogę, bo razem zawsze raźniej. Dzięki za przeczytanie tego długiego wywodu i do następnego. : )
(Przepraszam za brak w niektórych wyrazach polskich znaków, ale post pisałam na telefonie)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz